2010 July | Australia, Melbourne - dobre miejsce na wioskę

Blog Moniki i PrzemkaRSS wpisów RSS komentarzy

July 2010- archiwa

Niedziela na Baw Baw

Dzisiejsza notka wcale nie powinna powstać.

Po pierwsze te jednodniowe wypady na śnieg opisywaliśmy już wielokrotnie, chyba jakaś rutyna i nuda zaczyna się wkradać na bloga.

Po drugie czytam od pewnego czasu pewne szacowne forum fotograficzne, na którym fotoamatorzy wymieniają się opiniami na temat zdjęć. Czytam, czytam, analizuję i potem spoglądam na swoje zdjęcia z niedzieli i co widzę? Niebo przepalone i zmarnowane, podłoga do kitu, kolory do bani… Uczciwie mówiąc nie powinienem tych zdjęć tutaj zamieszczać. Ale innych nie mam, a notkę jakoś sklecić trzeba.

Na jednodniowy wypad “na śnieg” można w Melbourne wybrać jedną z 3 opcji:

  • 2h jazdy do Lake Mountain w Yarra Ranges (1482 m n.p.m) – tylko saneczki lub narty terenowe
  • 2,5h jazdy do Mount Baw Baw w Masywie Baw Baw (1567 m n.p.m.) – najbliższy resort ze stokami alpejskimi
  • 3,5h jazdy do Mount Buller w Alpach Australijskich (1805 m n.p.m.) – największy resort narciarski w Australii i dużo pewniejsze warunki śniegowe (ze względu na wysokość).

Ośrodków narciarskich w Australii jest oczywiście więcej, ale pozostałe wymagają zrobienia trochę dłuższej trasy, więc wybierane są przez tych, którzy zamierzają spędzić w górach więcej niż kilka godzin.

Więcej informacji nt. ośrodków narciarstwa w Australii na stronie www.ski.com.au.

Niezła pokrywa śnieżna spowodowała iż nasz wybór w tym roku padł na górę Baw Baw, położoną w zachodnim Gippsland. Bardzo lubię Baw Baw, szczególnie z powodu kapitalnych widoków jakie rozpościerają się z trasy. Nie inaczej było tym razem. Gdy wjechaliśmy pod górkę to myślałem początkowo, że to białe na dole to jest śnieg.

Chmury w dole. Droga do Mount Baw Baw, Wiktoria, Australia

Dopiero przyjrzenie się bliżej wyprowadziło nas z błędu. Zwyczajnie wyjechaliśmy ponad chmury.

Chmury w dole. Droga do Mount Baw Baw, Wiktoria, Australia

Droga na szczyt Baw Baw jest długa i kręta. Większość trasy pokonuje się krętymi górskimi serpentynami. Jednak na końcu można zobaczyć, że warto było, bo jest prawdziwy śnieg, którego w Melbourne nie uświadczysz:

Czytaj dalej »

Popularity: 28% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Komentarze (7)

Zawiłości australijskiej polityki

Kto się zna na australijskiej polityce? Na świecie prawie nikt się tym nie interesuje, a jeśli się zainteresuje to może się np. dowiedzieć, że w tym kraju koalicja jest opozycją (to nie żart!) i sam ten fakt wystarczy żeby odpuścić sobie dalsze rozgrzebywanie tematu.

Co gorsza wcale nie lepiej jest w samej Australii. Oto mamy mieć 21 sierpnia wybory federalne i główni kandydaci na stołek premiera wymyślili sobie zrobić telewizyjną debatę w niedzielny wieczór. Przytomnie zrobiono jednak wstępny sondaż, w którym okazało się, że połowa Ozich pomimo zimy ma lepszy pomysł na niedzielę niż oglądanie polityków w telewizji. Druga połowa, która jednak spojrzy na ekrany to wybierze akurat oglądanie finałowego odcinka programu MasterChef na Channel 10, a nie debaty. Rezultat będzie taki, że Mahomet przyjdzie jednak do góry i debata przesunięta została na nieco gorszy czas antenowy, ale za to przed MasterChef’em…

Można się śmiać, ale decyzję jakąś trzeba podjąć, bo głosowanie jest tu obowiązkowe, a absencja karana mandatem $20. Jak sobie z tym radzą Australijczycy? Większość głosujących w Australii postępuje wg jednego z dwóch utartych schematów:

1. Tradycyjni wyborcy – głosowanie na konkretną partię dziedziczy się tutaj niczym domy na dobrym lub gorszym przedmieściu. Potomkowie irlandzkich robotników z Altony głosują zawsze na Labor, a “śmietanka towarzyska” z Tooraka obstawia w ciemno Liberals.

2. Głosowanie na osobowość – wystarczy spojrzeć na ekran i od razu widać, że np. premier Howard osobowość miał, a obecny lider Liberałów Tony Abbott jej rzekomo nie ma. Taka jest przynajmniej powszechna opinia powtarzana przez media, bo ja sam nic z tego nie rozumiem. Większość wyborców niezdecydowanych (tzw. swingers) kieruje się właśnie tego typu ocenami, co wróży większe szanse posiadającej rzekomo “osobowość”  Julii Gillard (Labor).

Przyjrzyjmy się jeszcze krótko największym partiom politycznym antypodów: Czytaj dalej »

Popularity: 28% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Komentarze (27)

Mango budyń kokosowy

Mango zwane jest owocem rajskim i w Australii można zajadać się prawdziwymi słodkimi owocami. Co prawda teraz jest zima, ale ostatnio u Chińczyka udało mi się kupić 3 manga importowane z Meksyku,  które rozpływały się w dosłownym słowa znaczeniu, nie dało się ich pokroić na kawałki, ale smakowały jak niebo w gębie. I co tu z nimi robić. Przypomniał mi się budyń z malinami jaki zrobiony został w MasterChef (show w którym wybiera się najlepszego kucharza) i postanowiłam zrobić coś podobnego.

Deser wyszedł pierwsza klasa. Już czekam na sezon mangowy w Australii by go powtórzyć.  Przepis poniżej.

Składniki:

2  manga

1 puszka mleka kokosowego

0,5 szklanki wiórków kokosowych

2 łyżeczki mąki ziemniaczanej

Przygotowanie:

Z mango wyjąć pestkę i zmiksować na purée .

Odlać pół szklanki  mleka  i rozmieszać w nim mąkę ziemniaczaną.

Podgrzać mleko z wiórkami kokosowymi.

Jak mleko jest gorące dodać zmiksowane purée z manga.

Jak mleko się już prawie gotuje wlać rozmieszaną pozostałą część mleka z mąką ziemniaczaną.

Przytrzymać chwilę na ogniu by zgęstniało i rozlewać do pojemników.

Budyń z mango

Rady:

1. Mango musi być dojrzałe, albo najlepiej przedojrzałe

2. W czasie wlewania mąki ziemniaczanej trzeba porządnie mieszać, by nie zrobiły się grudy. Jako że wielkość manga może być różna, to może być wymagane dodanie więcej mąki ziemniaczanej.

3. Dla dzieci dodałam do środka kawałek czekolady, by nie wyglądało na zbytnio owocowe.

Popularity: 20% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Brak komentarzy

Melbourne Aquarium

Zima to dobry czas na odwiedzenie atrakcji schowanych pod dachem. Tegoroczna zima jest tym lepsza, że odwiedzili nas moi Rodzice i obwożąc ich po naszych okolicach mamy ponownie okazję zobaczyć dawno nie widziane miejsca.

Tym razem wybór padł na Akwarium w Melbourne. Wybór tym lepszy, że jeszcze nie widzieliśmy najnowszej ekspozycji z pingwinami cesarskimi.

Pingwin cesarski w Akwarium w Melbourne

Akwarium w Melbourne nieprzypadkowo napisałem wielkimi literami. Największy zbiornik mieści aż 2,2 miliona litrów wody, jest więc naprawdę wielki. W ogóle obiekt jest piękny, można dotknąć rozgwiazdę własną ręką, można zobaczyć ogromne płaszczki i rekiny. Ostatnio przywieziono też ośmiornicę olbrzymią:

Czytaj dalej »

Popularity: 23% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Komentarze (5)

Poranna zmiana na stołku

Niedawna zmiana na stanowisku Premiera Australii odbiła się szerokim echem na świecie. O dziwo jednak nie słyszałem głosów zdziwienia trybem w jakim odstawiono na boczny tor niedawną jeszcze gwiazdę australijskiej polityki, Kevina747 Rudd’a (ten przydomek pochodzi od modelu samolotu, w którym Rudd spędzał więcej czasu niż w stolicy kraju), a jedynie skupiano się na sprawie kompletnie marginalnej, czyli płci nowego premiera.

Mamy oto premiera-kobietę, pannę Julię Gillard. Zwracam uwagę na przedrostek: w Australii pilnuje się tego skrupulatnie: Miss Julia Gillard, a nie Mrs!

Dla mnie osobiście płeć premiera nie ma żadnego znaczenia (no może lingwistycznie, bo nie wiem czy “premier” czy “premierka” – w j. angielskim nie ma tego problemu). Nie jestem bowiem seksistą i interesują mnie poglądy i program premiera, a nie płeć.

Twierdzę również, że większość piejących z zachwytu nad wyborem kobiety na to stanowisko jest również tego samego zdania co ja. Łatwo tego dowieść sprawdzając co te osoby myślą np. o takich kobietach na eksponowanych stanowiskach jak Sarah Palin lub Margaret Thatcher. Już nie pieją z zachwytu prawda? Koniec dowodu.

Poza tym w Australii głową państwa jest kobieta od lat 57 (Elżbieta Windsor), a jej reprezentantką na Australię jest od prawie 2 lat również kobieta: Quentin Bryce. O czym więc tutaj mówić?

Znacznie ciekawsze od treści seksistowskich są za to polityczne gierki kryjące się za tą zmianą. Najpierw proszę sobie wyobrazić, że spadają odrobinę notowania PO i pewnego dnia budzicie się rano żeby się dowiedzieć, że oto zarząd partii zastąpił w trybie natychmiastowym Donalda Tuska Grzegorzem Schetyną. Albo 3 lata temu Jarosława Kaczyńskiego Zbigniewem Ziobrą. Fantastyka prawda?

Nie taka znów fantastyka, bo po prawdzie mieliśmy już podobną (a nawet lepszą) zmianę w Polsce w 1992 roku, gdy z rana premiera Olszewskiego już do biura nie wpuszczono… tyle, że wtedy zmieniono koalicję rządową…

Pomijając kwestie procedury konstytucyjnej to w Polsce partie mają charakter wodzowski i prędzej PiS zatonie niż prezes Kaczyński usunie się w cień.

A w Australii rano był premier Rudd, a w południe już go nie ma. Partia wszystkim, jednostka niczym.

Premier Rudd żegnał się ze stanowiskiem płacząc przed kamerą.

Tak samo jest z obecną premier(ką?): gdyby uznano to za stosowne to zniknie ze świecznika tak szybko jak się pojawiła.

Na razie jednak panna Gillard ma za zadanie wygrać tegoroczne wybory federalne. Rządząca Partia Pracy liczy, że wyborcy są idiotami i zmienią zdanie z powodu innej twarzy oglądanej w TV i paru populistycznych spektakularnych zmian polityki przeprowadzonych dla uzyskania poklasku (np. propozycja odsyłania azylantów z powrotem do domu i negocjacje z biznesem nt. nowego podatku od kopalin). Najgorsze jest to, że Partia Pracy ma chyba rację nt. kondycji wyborców: oto pierwsze sondaże pokazują wyraźny wzrost popularności obecnej ekipy.

Najlepsze wciąż przed nami: ostateczny cios przedwyborczy ma dotyczyć polityki względem… globalnego ocieplenia (kto zgadł?). Moim zdaniem należy się bać i spodziewać każdej największej nawet głupoty. Gra idzie bowiem na noże (czyli o stołki na kolejną kadencję).

Na ile to działanie będzie skuteczne przekonamy się już wkrótce. Wszyscy spodziewają się, że panna Julia ogłosi termin wyborów na sierpień, żeby pójść do nich na fali “miesiąca miodowego”  na stołku premiera.

Ciąg dalszy zatem wkrótce nastąpi.

PS

Ciekawym aspektem sprawy jest fakt, że nowa panna premier jest mieszkanką… Melbourne.

Popularity: 25% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Komentarze (14)

Golf sportem zimowym?

Pole golfowe Albert Park zimą tętni życiem tak samo jak latem, a może nawet bardziej. Kto by chodził między dołkami podczas upałów? Natomiast zimą, przy 14 st. owszem, ciepły sweterek i jazda. Zdjęcia zrobiłem w ubiegły czwartek około południa.

Pole golfowe Albert Park położone jest w cudownym miejscu, tuż obok jeziora, niedaleko City i w bezpośrednim sąsiedztwie prestiżowej ulicy St Kilda Road. Cena gruntu jest tutaj kosmiczna, ale miasto rezerwuje ten obszar dla terenów zielonych.

Tuż obok pola biegnie ulica, która co roku w marcu zamieniana jest na tor Formuły 1: Lakeside Drive (na ostatnim zdjęciu).

Golf

 

Czarne łabędzie

Australijskie czarne łąbędzie, ozdoba Albert Park. Czarny łabędź od czasów starożytności uchodził w Europie za synonim “stworzenia które nie istnieje”. Do czasu gdy okryto ich istnienie właśnie w Australii.

Czytaj dalej »

Popularity: 24% [?]

Podziel się tą wiadomością z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono
  • Netvibes
  • Śledzik

Komentarze (4)