LiveDownUnder.info: Blog Moniki i PrzemkaRSS wpisów RSS komentarzy

Australijska szkoła: początki

Wakacje minęły jak z bicza strzelił.

Młodego zawiozłem dzisiaj pierwszy raz do szkoły. W sumie to zawiozłem oboje, ale Ewa tu już stara wyga w 2 klasie, a Tomek dzisiaj zaliczył debiut w “prep”, czyli australijskiej zerówce. Dobra to chyba okazja do napisania kilku słów o tutejszej szkole.

Australijskie dzieci idą do szkoły mając 5 lat. W Wiktorii jest to dokładnie tak (bo każdy stan ma inaczej), że 5 lat trzeba skończyć do 30 kwietnia. Wtedy jest możliwe, że dziecko idzie do szkoły 1 lutego mając skończone zaledwie 4 lata i 9 miesięcy. Wprawdzie jest to klasa “preparation”, ale i tak mam wątpliwości, czy dziecko w tym wieku powinno już chodzić do jakiejkolwiek szkoły.

Dla nas szkoła dzieci to pierwszy prawdziwy kontakt z australijską edukacją, trudno więc się dziwić, że porównujemy to z polską szkołą przez którą sami kiedyś przechodziliśmy. Dodam jeszcze, że mowa jest o szkole publicznej, nie katolickiej i nie prywatnej.

Czytanie i pisanie

Zacznijmy od nauki czytania. Język angielski nie jest fonetyczny (czyta się inaczej niż pisze), więc czytanie po literkach nie wchodzi w grę, dziecko uczy się rozpoznawać całe zbitki liter od razu.
Ewa zaczęła ze szkoły przynosić do czytania w domu książeczki. Na początku były one najprostsze z możliwych, gdzie na jednej stronie był np. rysunek przedstawiający banana, a na drugiej samo słowo “BANANA”.

Tu muszę przyznać, że moja wiara w australijskie metody naukowe została wystawiona na próbę, gdyż nie mogłem zrozumieć jak dziecko ma się czegokolwiek nauczyć skoro rozpoznaje słowo po obrazku, a nie po zapisie. Przyznam się bez bicia, że byłem wrednym ojcem i zasłaniałem Ewie obrazek każąc skupić się przez chwilę tylko na tym co jest napisane. Rozmawialiśmy na ten temat z nauczycielką i ta odradzała nam zasłanianie obrazków mówiąc,  że dziecko samo powoli nauczy się rozpoznawać wyrazy kojarzone z obrazkiem i zacznie czytać poprawnie bez dodatkowej pomocy.

W końcu nie wiem kto miał tak naprawdę rację. Ewie nauka czytania poszła błyskawicznie i dzisiaj po 2 latach tej szkółki Ewa mając 7 lat swobodnie czyta większość tekstów wyprzedzając dość znacznie resztę swojej klasy, a książeczki przynosiła do czytania w domu już takie długie na kilkadziesiąt stron. Wątpię jednak czy była to zasługa angielskiej metody nauki czytania. Sądzę raczej, że sukces przyniosła jednoczesna nauka dwóch języków (łącznie z japońskim to nawet trzech*).

My postanowiliśmy sobie bowiem, że dzieci będą się jednocześnie uczyły czytania i pisania po polsku, metodami polskimi, czyli bazując na Elementarzu, Elementarzu do czytania sylabicznego oraz Wesołej Szkole. Wprowadziliśmy przy tym ścisłe rozróżnienie alfabetów: angielski spelling zawsze po angielsku, a polskiej literowanie zawsze po polsku. Uczyliśmy ją sami w domu oraz w małej grupce z inną zaprzyjaźnioną rodziną. W tym roku rozpocząć ma się eksperyment z polską szkołą, która dzięki m.in. naszej inicjatywie zgodziła się rozpocząć dodatkową klasę “zaawansowaną” (pod tym pojęciem rozumie się, że dzieci w takiej klasie mówią bez większych problemów po polsku).

Rezultat tej równoległej nauki jest na razie bardzo dobry, Ewa czyta i pisze w obu językach i mam tylko nadzieję, że starczy nam cierpliwości do dalszej nauki języka polskiego, którego ortografia do najłatwiejszych przecież nie należy.

Matematyka

Pani nauczycielka zagadnięta przez nas w połowie pierwszej klasy (Grade 1) pytaniem jak sobie córka radzi z “maths” (bo Ewa mówiła, że się na lekcjach nudzi) odpowiedziała, że Ewa ma zadatki na świetnego matematyka, bo umie bez problemu dodać 5 kredek plus 3 kredki. Ewa to robiła już pod koniec przedszkola, więc nie mam więcej pytań. Matematyka ma szansę stać się najsłabszą stroną wybranej przez nas szkoły.
Wyraźnie jednak opłacało się drążyć temat u nauczycielki, bo Ewa zaczęła dostawać trudniejsze zadania i zrobiła na koniec spore postępy.

Umiejętności “miękkie”

Powyższe wyrażenie jest kalką z angielskiego “soft skills“, ale nie wiem jak to inaczej wyrazić po polsku. W każdym razie o ile wydaje nam się, że w typowej nauce polska szkoła ma znacznie wyższy poziom niż australijska to w przypadku nauki np. publicznego występowania czy prezentowania swoich osiągnięć znacznie lepiej jest w Australii. Ma to swoją nazwę (performing arts) i zaczyna się już na etapie przedszkola publicznymi występami pt. “show and tell“. Dzieci przygotowują spektakle, przyzwyczajając się bardzo wcześnie do występu przed publicznością i opanowania tremy.

Podsumowanie

Na dzisiaj edukacja szkolna (mimo że trudno jednoznacznie określić ją jako gorszą: jest po prostu inna) jawi mi się jako jeden z najsłabszych punktów w całej naszej emigracji. Mam poważne obawy, że na pewnym etapie różnice w programie szkolnym między Polską a Australią mogą być trudne do przeskoczenia. Na pocieszenie zostaje fakt, że tutejsze dzieci tę mniejszą ilość zdobytej wiedzy potrafią jednak znacznie lepiej “sprzedać” niż ich polscy rówieśnicy.

* nasze dzieci chodzą do dwujęzycznej szkoły angielsko-japońskiej.

Popularity: 52% [?]

Podziel się z innymi:
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • email
  • LinkedIn
  • Twitter
  • Wykop
  • Blip
  • Grono

Notki na ten sam temat:

Komentarze (2)

Komentarze (2) do wpisu “Australijska szkoła: początki”

  1. Monika, 1 Feb 2010 o 20:36

    Wasze dzieciaczki genialnie mowia po polsku. I generalnie sa bystre (po tatusiu i po mamusi?:)))
    Podziwiamy was i życzymy wytwałości w dalszej nauce polskiego na obczyznie :)

    Czy tamtejsza polonia organizuje cos w rodzaju “zielona szkola”? (tydzien nauki poza domem)

  2. Przemek, 2 Feb 2010 o 8:07

    @Monika: tak są letnie obozy dla dzieci.
    Dla lubiących czytać po angielsku podaję link do artykułu na temat pierwszego dnia szkoły: http://www.heraldsun.com.au/news/preps-first-calss-efforts/story-e6frf7jo-1225825710393
    Dzieci w “prep” zachowują się jakby do przedszkola szły pierwszy raz, a nie do szkoły. Doprawdy nie wiem kto wymyślił tak wczesny wiek na rozpoczynanie szkoły.

Zostaw komentarz