Four years old
Jako mieszkańcy Australii kończymy właśnie dzisiaj 4 lata. To już poważny wiek, jesteśmy w przedszkolnych starszakach! Pieluch już nie nosimy, ale samym nam po ulicy jeszcze nie wolno chodzić
.
4 lata temu z lotniska w Tullamarine odebrali nas Wiki z Wojtkiem oraz Jacek. Ewa miała wtedy 2,5 roku, a Tomek ledwie 10 miesięcy… Sporo się od tego czasu zmieniło. Dla dzieci Australia jest już jedynym domem jaki znają, a my wciąż się czasami zastanawiamy, co tu właściwie robimy.
Dzisiaj pokuszę się o przedstawienie mojej prywatnej listy największych zalet (+) Australii:
+ Ludzie. Życie jest naprawdę łatwiejsze gdy ludzie się do siebie uśmiechają, zagadną czasami nawet bez powodu kilka słów. Moje pierwsze wrażenie po wejściu do sklepu w czasie wizyty w Polsce i zobaczeniu miny ekspedientki było: “czy coś jej się stało, czy ze mną coś nie w porządku?”. Polacy są jak Osioł ze Shreka: swoje lęki noszą jak odzież wierzchnią.
+ Przestrzenie. Kisiel pisał kiedyś, że jego zdaniem przyszłość Zachodu należy do krajów wielkich przestrzeni i rozmachu (jak Australia), a nie do Europy, gdzie ludzie siedzą sobie na głowach. Ja się z nim zgadzam, nawet w Wiktorii w szczycie sezonu z łatwością można znaleźć plaże, gdzie oprócz nas nie ma nikogo.
+ Pogoda. Przede wszystkim brak prawdziwej zimy i błota pośniegowego. Nawet w najgorsze dni zimowe temperatura w dzień przekracza +10 st.C, a nocą spada najwyżej (ze 3 razy do roku) w okolice zera. Lato bywa gorące, ale z zmiennym klimacie Melbourne upały nie trwają nigdy dłużej niż kilka dni i zawsze przychodzi po nich ochłodzenie.
+ Praca. Największa jej zaleta, że kończy się o 17-tej. Właściwa równowaga między życiem prywatnym, a służbowym to jeden z największych atutów tego kraju.
+ Ceny. Benzyna po 3 złote za litr? Zapraszamy do Australii
+ Kuchnia. Melbourne było założone przez Brytyjczyków, ale na szczęście kulinarnie Anglosasi mają mało w tym mieście do powiedzenia. Każdy tu może znaleźć coś dla siebie. My, oprócz fantastycznej polskiej kuchni, lubimy uszczknąć co nieco z Włoch, Grecji, Wietnamu, Tajlandii, Chin, czasami również z Indii. Mój faworyt: tradycyjna wietnamska zupa z wołowiny z kluskami. Plus chilli, zawsze podane na osobnej miseczce, więc każdy wrzuca ile chce.
* * *
Pamiętacie taki skecz kabaretowy z 1980 r.? Na scenie zapada ciemność, chwila konsternacji i głos Laskowika: Prąd nie działa, bo u nas są same plusy, brak minusów!
Żeby więc nie było na mnie, że wpadam w zachwyt to poniżej lista największych wad (-) Australii:
- Ludzie. Uśmiech Australijczyków jest powierzchowny, pod nim kryje się głaz. O ile o Polakach można powiedzieć, że trudno się u nich przebić przez smutek na twarzy, to jeśli się z nimi zaprzyjaźnisz to możesz spokojnie wódkę pić. U Ozich jest odwrotnie: na ulicy łatwo zagadać i się pośmiać, ale potem trafia się na wysoki mur i o przyjaźnie jest trudno.
- Przestrzenie. Wszędzie jest cholernie daleko. Szkoła: 5 km (sami takiej chcieliśmy), praca 15 km (to nawet blisko), na kawę do Wiki i Wojtka: 40 km. Nic się nie daje załatwić bez samochodu. Wciąż zachodzę w głowę jak mogą żyć bez auta nasi sąsiedzi zza płota (a żyją!).
- Pogoda. Temperatura na zewnątrz: +5 st. Temperatura w domu: +6 st. Zima z takimi temperaturami może jest łagodna, ale tylko gdy się buduje domy normalnie izolowane, a nie szopy.
- Praca. Kiedyś w ważnym projekcie w pracy było do wykonania pilne zadanie. Zapytano mnie ile mi to zajmie czasu. Pomyślałem i odpowiedziałem: postaram się mieć to gotowe na jutro w południe. Wszyscy popatrzyli na mnie jak na wariata, a potem dowiedziałem się, że liczyli na odpowiedź w granicach 3-4 dni. Moja wersja była na dłuższą metę nie do przyjęcia dla zespołu, bo zmuszałaby resztę grupy do intensywniejszej pracy.
U Niemców panuje zasada: “langsam langsam aber sicher”, Australijczycy mają trochę podobnie, przynajmniej w pierwszej części tego powiedzenia. Ja chyba wolę polski styl: “lekko na wariata”. On się lepiej sprawdza w sytuacjach kryzysowych, chociaż niekoniecznie na co dzień.
- Ceny. Piwo po 8 zł za pół litra? Zapraszam do Australii.
- Kuchnia. Papierowy chleb, drewniane wędliny, jogurty zalatujące proszkiem do pieczenia. Część z tych rzeczy można zrobić samemu (chleb), części trzeba poszukać w dobrych sklepach za spore pieniądze (1 kg dobrej polskiej kiełbasy powyżej $20), ale smak niektórych produktów odkrywa się na nowo dopiero jak się odwiedzi Polskę.
Z góry proszę o wybaczenie, że z uwagi na objętość notki powyższe listy musiały ulec znacznemu ograniczeniu. Mam świadomość, że emigrant mógłby tak długo wyliczać.
Zapytacie mnie jeszcze o politykę? Otóż wielką zaletą Australii jest fakt, że nie muszę tutaj o tym pisać. Napiszę innym razem.
Popularity: 4% [?]
Warto również przeczytać:
Komentarze (21)



To juz 4 lata! Wszystkiego dobrego z okacji Urodzin
Ciekawe zestawie Przemku – dokladnie tak jest, kraj sprzecznosci, nieco magiczny – odpycha, a jeszcze bardziej przyciaga.
Czas pedzi, nam lada dzien stuknie 5 lat
tylko dlaczego ja musialem z praca zawijac sie migiem? dlaczego ja trafiam na prace gdzie spiesza sie i wszystko musi byc zrobione na wczoraj?
Konrad, bo musisz tę metodę co na Arabów zastosować, działa jak złoto. A najlepiej żebyś nawet w to uwierzył.
Czesc Przemku,
Calkiem sympatyczne te listy, gratuluje 4 lat !!!!
Drogo tam u Was. U nas w Polgarii paliwo po 3,5 a piwo po 2 zlote
Co do polityki… coz wystarczy wylaczyc radio/telewizor
Gratulacje wielkie !!!
gratuluje rocznicy!!!:)) ostatnio ogladalam program wanted down under gdzie organizuja zycie angolom chcacym sie wyniesc do australii. wbrew pozorom wcale porownania nie sa optymistyczne. a maly ma szkole po drugiej stronie ulicy;) ale chetnie bym pozwiedzala, nie powiem…pozdrowienia z wiosennego aberdeen.
Cztery lata – jak ten czas pędzi. Nam minęło już 10 lat
.
Świetnie pokazałeś plusy i minusy kraju – jak każdy medal ma dwie strony, tak na każde zagadnienie też można spojrzeć z różnych stron. I wiesz co? To samo można by napisać o tej części Kanady, w której mieszkam (włącznie z pogodą, z tą różnicą, że w mieszkaniach jest ciepło, ale jednocześnie słono można płacić za przyjemność ciepła w domu).
Serdecznie pozdrawiam i życzę kolejnych równie dobrych lat.
P.S.
Im dłużej mieszkam, gdzie mieszkam, tym ostatnio częściej zadaję sobie pytanie – co ja tutaj robię? Czuję, że czas już na zmiany.
Czesc sasiad,
Tak sobie mysle, ze jak przestaniesz robic te listy,…(chociaz fajne, dowcipne i w ogole), to bedzie znak, ze juz walizki rozpakowane na zawsze, ….. Wszystkiego Dobrego z okazji rocznicy!
Dzięki Wam wszystkim.
Balkanblues: w Aberdeen jeszcze nie byłem, ale raczej bym się nie zamienił, nawet ze szkołą po drugiej stronie ulicy
Alina-sąsiadka: wątpię żeby ten moment kiedykolwiek nastąpił.
Alino,
Kiedy Spocit przestanie robic takie listy, to znaczy, ze zdziadzial a nie ze osiadl
Jak zadeklarowal wczesniej czuje, ze Melbourne to jego dom i chce by ten dom byl jak najlepiej umeblowany. Kiedy siadzie na dupie i zacznie powtarzac jak mantre, ze ma najlepsze mebelki na swiecie, to straci motywacje.
Harom- masz dokumentnie racje- tylko ze dla Przema “mebelki” nie sa doslownie mebelkami,
ale trafnie to przedstawiles
Brawo, brawo! Mnie w lipcu miną dopiero 3 lata (Mateusz jest tutaj nieco dłużej), więc jestem w maluchach
Chyba niezależnie od tego gdzie wyemigrowaliśmy, takie listy będą wyglądać podobnie. Oczywiście będą się różnić szczegółami, ale generalnie wszystko ma dwie strony. Ważne, żeby się dobrze odnaleźć między nimi.
Pozdrawiam z rzeczywiście wiosennego już Aberdeen!
Przemku, najserdeczniejsze życzenia “nowourodzinowe”! Pozdrawiam!
M.
a sa tam polskie sklepy?mozna by bylo zalozyc jak maly..;p
To trochę paradoksalne, ale akurat do polskiego sklepu możemy pieszo chodzić.
wow! kibicuję wam od ponad roku, sama mam nadzieję, że kiedyś odwiedzę Australię nawet na jeden tydzień
Przemku, ciekawa ta lista + i -. Niezaleznie co sie jeszcze dopisze, zycze Wam zeby bilans wychodzil na +
. Pozdrawiam.
Myślę p wyjeździe do krainy OZ, ale waham się. Ktoś mi ostatnio powiedziął, że na emigracji nie ważne gdzie pierwsze pokolenie jest jakby stracone, bo nie ma szans na pełne zaadaptowanie się i wtopienie w społeczeństo. Polacy też do siebie “obcych” nie dopuszczają, bo kto ma za przyjaciela pracującego i mieszkającego w Polsce Ukrainca albo Wietnamczyka?? Ja takich nieznam. Szkoda, że wciąż są takie bariery między ludzmi.
Ela, wcale nie uważam siebie za “straconego”. Jest coś w tym co piszesz, ale różnie można oceniać co jest “stratą”, a co “zyskiem”. Przyjedź do Australii i sama zobacz jak jest.
A mi dobrze jest w Polsce, Ale zobaczyć swiat warto.
A ja tak strasznie Wam zazdroszczę!!! Byłam w Melbourne, zobaczyłam, spróbowałam i …. tak potwornie tęsknię!!! I chyba do końca życia będę tęsknić. Uważajcie, bo Melbourne / Australia uzależnia!