LiveDownUnder.info: Blog Moniki i PrzemkaRSS wpisów RSS komentarzy

February 2009- archiwa

Pożar a społeczeństwo

W Wiktorii nadal pala się lasy. Dzisiaj ciepło, w związku z tym zwiększone niebezpieczeństwo pożarowe i nawet profilaktycznie zamknięto ponad sto szkół i przedszkoli.

Dla mnie nie do pomyślenia był w ogóle fakt, że przed pożarem się nie ucieka, ale można zdecydować się bronić domu przed tym żywiołem. Większość ludzi żyjących na wsi miała przygotowane plany przeciwpożarowe (zbiorniki z wodą, ścięte drzewa wokół domu, zraszanie ścian wodą, a czasami nawet automatyczne zraszanie dachu wodą w takim przypadku). Tylko, że prawdopodobnie pożar przyszedł tak szybko, że nie udało się ich wdrożyć w życie lub nawet wdrożony plan zawiódł w ekstremalnych warunkach.

Zauważyłam, że Australijczycy całkowicie inaczej podchodzą do tej katastrofy niż Polacy. W Polsce pewno drugiego dnia ogłoszono by żałobę narodową i szukano winnych za brak ostrzeżenia ludności. A tutaj podkreślano, że zostało zrobione wszystko co mogło zostać zrobione w tych warunkach i należy szukać lepszych rozwiązań na przyszłość. Szukano bohaterów, którzy mieli odwagę w tej sytuacji odwagę ratować innych i wiele wśród nich się naprawdę znalazło. Tych którzy zginęli, wspominano jako wspaniałych, dobrych ludzi, za którymi wszyscy będą tęsknić. Chyba najbardziej zdziwił mnie wywiad w radiu z kierownikiem prosektorium, który zapewniał, że najbliżsi są w najlepszych rękach w jakich w tej okoliczności mogli by się znaleźć i że wszyscy dołożą starań aby zostali obsłużeni jak najszybciej i jak najbardziej godnie.

Pomimo wszystko bił z tego jakiś spokój przy tej ogromnej tragedii (przynajmniej tak przedstawiono w telewizji i w radio). Ludzie starali się pomóc sobie od pierwszych chwil, wydawałoby się jakby należeli do jednej wielkiej rodziny. Radia, zwłaszcza te lokalne, nadawały wciąż informacje o pożarach, poszukiwaniach zaginionych i możliwości pomocy. Pomoc, która została zorganizowana jest nie tylko materialna i pierwszej potrzeby, ale także obejmuje pomoc psychologiczną i prawną. Były i są nadal akcenty typowo australijskie. W pierwszym tygodniu do punktów ewakuacyjnych, przybyli sławni sportowcy by podnieść dzieci na duchu, pokopać z nimi trochę piłki. Jednymi z pierwszych akcji charytatywnych oczywiście były mecze footy. Można to podsumować tak jak jeden z Australijczyków to powiedział: „Matka natura pokazała co potrafi zrobić w takich warunkach, ale my na pewno się z tego podniesiemy i odbudujemy swoje społeczności”. W najbliższą niedzielę udajemy się na koncert dla dzieci, który ma nie na celu zbieranie pieniędzy na pogorzelców, ale wzmocnienie więzi społecznej, takie pokazanie jacy my jesteśmy silni.

Oczywiście jak w każdym społeczeństwie, znaleźli się szabrownicy, którzy w popiołach mają nadzieję się wzbogacić. I to co na pewno najbardziej boli tych co ucierpieli jest fakt, że być może cześć pożarów wybuchła w wyniku podpalenia przez osobę, która należy do ochotniczej straży pożarnej.

Popularity: 3% [?]

Komentarze (7)

Rotorua – opowieść ze smrodkiem

Każdy zwiedzający Wyspę Północną (czyli jesteśmy znów w Nowej Zelandii) przyjeżdża do Rotorua. Każdy też przeczyta gdzieś, że w Rotorua śmierdzi siarką. Kłamstwo! Nie śmierdzi siarką tylko siarkowodorem, czyli czymś zbliżonym do zgniłego jaja albo jadowitego bąka (przy czym nie mam na myśli owada). Intensywność zapachu zależy oczywiście od siły i kierunku wiatrów, ale spokojnie można przyjąć, że czuć jest ten smród w całym mieście oraz na terenach aktywnych gejzerów w pobliżu miasta.
Czy da się do tego przyzwyczaić? Być może tak, my jednak nie mieliśmy tej szansy, bo spędziliśmy tam tylko 3 dni. Mój kolega z pracy, który mieszkał w Rotorua kilka lat twierdził jednak, że on u siebie w domu tego zapachu nie czuł. Albo stracił węch albo się naprawdę przyzwyczaił.

Za to na terenie Holiday Parku, w którym mieszkaliśmy, były baseny z podgrzewaną wodą. Najcieplejsze miały mieć ok. +40 st. C, ale chyba było więcej… po paru minutach siedzenia w gorącej wodzie zaczynało nam się robić słabo.

Tak czy inaczej warto do Rotorua przyjechać z kilku powodów. Pierwszym są oczywiście gejzery. Poniżej (i w kolejnych notkach) fotograficzny przegląd miejsc aktywnych geotermalnie jakie zobaczyliśmy w ciągu tych 3 dni.

Kuirau Park, blisko centrum Rotorua.

Kuirau Park, blisko centrum Rotorua. Jedyne miejsce, gdzie zjawiska geotermalne można pooglądać za darmo. Pełno bulgocących bajorek z błotem i parujących jezior.

Czytaj dalej »

Popularity: 9% [?]

Komentarze (5)

Four years old

Jako mieszkańcy Australii kończymy właśnie dzisiaj 4 lata. To już poważny wiek, jesteśmy w przedszkolnych starszakach! Pieluch już nie nosimy, ale samym nam po ulicy jeszcze nie wolno chodzić ;-) .
4 lata temu z lotniska w Tullamarine odebrali nas Wiki z Wojtkiem oraz Jacek. Ewa miała wtedy 2,5 roku, a Tomek ledwie 10 miesięcy… Sporo się od tego czasu zmieniło. Dla dzieci Australia jest już jedynym domem jaki znają, a my wciąż się czasami zastanawiamy, co tu właściwie robimy.

Dzisiaj pokuszę się o przedstawienie mojej prywatnej listy największych zalet (+) Australii: Czytaj dalej »

Popularity: 4% [?]

Komentarze (21)

Pytanie do czytelników


Popularity: 5% [?]

Komentarze (25)

Kiwi

Wszystko zaczyna się od tego, że pani kiwi, współpracując z panem kiwi, znosi jajo. Pan kiwi jest bardzo potrzebny, nie tylko w celu “wyprodukowania” właściwego jaja, ale również potem. Jajo jest bowiem duże, w stosunku do rozmiarów mamy waży ok. 25% jej masy ciała. Przekładając na warunki ludzkie to pani kiwi znosi jajo tak wielkie, jakby kobieta miała urodzić 4 letnie dziecko…

Pani kiwi po zniesieniu takiego jaja jest wycieńczona (trudno się dziwić) i opiekę nad jajem przejmuje samiec. Pan kiwi dzielnie wysiaduje jajo i go broni przez ok. 50 dni. W tym czasie samica dochodzi powoli do siebie i staje się gotowa do zniesienia kolejnego jaja, którym znów zajmie się samiec.

Stare jajo zostaje w tym momencie bez opieki przez kilkadziesiąt dni. Potem z jaja wylęga się malutkie kiwi, które jeszcze przez kilka miesięcy nie będzie umiało samo przetrwać.

Skąd taki ewenement natury? Otóż w Nowej Zelandii do czasu przybycia białych ludzi prawie nie było naziemnych ssaków (a przed przybyciem Maorysów kilkaset lat wcześniej nie było ich w ogóle) i kiwi nie miały problemu z drapieżnikami. Biali przywieźli ze sobą całą gamę zwierząt, którym smakują jaja kiwi. Najgroźniejsza jest podobno łasica.

Zanim małe kiwi dorośnie do 1 roku to jego szanse na przeżycie wynoszą 5%.

*   *   *

W Nowej Zelandii prowadzi się więc program mający na celu zwiększenie szans na przetrwanie zagrożonego symbolu narodowego. Ptaszkom wszczepia się pod skórę chipy i potem ogląda się na ekranie komputera poszczególne osobniki wyposażone w odbiorniki systemu GPS. Jeśli przez dłuższy czas punkcik się nie rusza to znaczy, że samiec wysiaduje jajo.

Pod koniec 50 dniowego okresu inkubacji człowiek zakrada się do gniazda kiwi (pod nieobecność samca) i podbiera jajo. Samiec wracając do gniazda wyczuwa zapach człowieka i nie próbuje wcale ratować jaja, tylko zwyczajnie daje nogę, spisując jajo na straty.

Tymczasem jajo trafia do wylęgarni. Kładzione jest na specjalnym inkubatorze, który kołysze jajem i przewraca je od czasu do czasu na inny bok, tak aby pisklę miało warunki najbardziej zbliżone do naturalnych i wykluło się bez deformacji.

W tych warunkach po pewnym czasie z jaja wykluwa się pisklę. Żeby sprawdzić czy to dziewczynka czy chłopczyk to robi mu się badanie DNA (sic!). Na zewnątrz nic bowiem nie widać.

Takie pisklę trzyma się z dala od ludzi w specjalnej zagrodzie, próbując stworzyć mu warunki najbardziej zbliżone do naturalnych. Jedynie światło stosuje się sztuczne i odwraca dzień z nocą po to, żeby ludzie zwiedzający “kiwi-zoo” mogli w ogóle zobaczyć ptaszka aktywnego wyłącznie nocą.

Kiedy pisklę kończy 6 miesięcy to wypuszcza się je na wolność, dokładnie w tym miejscu skąd zabrano jajo. Taki pisklak (z wszczepionym chipem) ma już 75% szans na dożycie wieku sędziwego, który u kiwi wynosi nawet 40-50 lat. Dorosłe kiwi jest bowiem dość agresywne, ma ostre pazury i drapieżnikowi wcale nie jest łatwo się do niego dobrać.

Jakie są szanse spotkania kiwi na wolności w Nowej Zelandii? Praktycznie zerowe. Kiwi ukrywa się przed człowiekiem na długo zanim ten zdąży je zauważyć. Znaki drogowe “Uwaga kiwi!” są stawiane mocno na wyrost i służą głównie jako atrakcja turystyczna.

*   *   *

Tego wszystkiego (i jeszcze więcej) można dowiedzieć się wybierając się na “Kiwi Encounter” w Rotorua, gdzie przewodniczka za jedyne $27.50 oprowadzi chętnych i opowie z prawdziwą pasją o swoich pupilach, dalekich kuzynach australijskiego emu. Polecam.

Kiwi, którego spotkaliśmy w Auckland. Dobry przyjaciel Ewy, postanowił polecieć z nią do Australii

Popularity: 10% [?]

Komentarze (4)

1886 AD: Mount Tarawera

Gorąca woda geotermalna wypływała z gejzerów w pobliżu Lake Rotomahana, niedaleko Rotorua. Spływała kaskadami w dół wzgórza, tworząc kolorowe baseny, nazywane “Różowymi i Białymi Tarasami” z powodu koloru osadów naniesionych przez wody geotermalne. Białe Tarasy obejmowały ok. 3 hektarów, a różnica poziomów wynosiła ok. 30m. Woda była bardzo gorąca, co nie zachęcało do kąpieli. Inaczej było z Różowymi Tarasami, które były bardzo popularnym miejscem do kąpieli.

Białe Tarasy

Pomimo wielkiego geograficznego oddalenia od reszty świata Różowe i Białe Tarasy zdobyły wielką sławę. Uznawane były za największą atrakcję Nowej Zelandii i za jednego z kandydatów do tytułu “ósmego cudu świata”.

Różowe Tarasy

Różowe Tarasy

Zniknęły z powierzchni Ziemi jednego dnia, 10 czerwca 1886 r. w czasie niespodziewanej erupcji wulkanu Mount Tarawera. Razem z tarasami pogrzebanych zostało kilka wiosek i zginęło ok. 120 osób (głównie Maorysów, ale i kilkoro białych), które nie zdążyły się ewakuować, gdyż erupcja nastąpiła bez żadnego ostrzeżenia o godzinie 3 w nocy. Na miejscu tarasów jest dzisiaj jezioro.

Powyższe obrazki namalowane zostały w roku 1884. Dzięki nim możemy mieć dzisiaj pojęcie jak wyglądały tarasy. Obrazki zaczerpnąłem z Wikipedii, nie są już objęte prawami autorskimi.

Popularity: 10% [?]

Komentarze (3)

186 AD: Taupo

To co widzicie na zdjęciu to jest wulkan. Nie chodzi mi o te z tyłu, bo to jest oczywiste. Wulkan, o którym mówimy jest na dnie jeziora Taupo. Siedzi tam sobie cichutko, być może podgrzewa troszkę wodę. Krater wypełniony jest krystalicznie czystą wodą, tworzącą największe jezioro Nowej Zelandii. Kąpiel w nim to czysta rozkosz, wiem, bo sprawdzałem. Nad brzegiem krateru położone jest 30-tysięczne miasto, dla ułatwienia również nazwane Taupo. Mieszkańcy miasta nie boją się wulkanu, nikt bowiem nie pamięta żeby on kiedykolwiek wybuchał.

Ostatnia erupcja Taupo (nazywana Erupcją Hatepe) miała bowiem miejsce jakieś 1000 lat przed zasiedleniem wysp przez Maorysów, czyli w roku 186. Panuje przekonanie, że Nowa Zelandia nie była wtedy zamieszkana przed ludzi. A jeśli nawet była to erupcja nie zostawiła po mieszkańcach śladu.

Wybuch był bowiem gigantyczny. Wyrzucił w górę 120 km3 (!!!) materiału, słup miał wysokość szacowaną na 50-80 km (!!!). Fala, która powstała w czasie wybuchu przykryła w całości m.in. widoczny z tyłu wulkan Mount Tongariro (ten najniższy z trzech). Skala zniszczeń okolicy jest trudna do wyobrażenia. Popiół wulkaniczny z wybuchu Taupo przykrył niebo m.in. nad Rzymem (!!!), co zostało wzmiankowane przez rzymskiego historyka Herodiana, który rzecz jasna nie miał wtedy pojęcia o istnieniu Nowej Zelandii.

Prawdopodobnie była to największa erupcja wulkanu na Ziemi w ostatnich 5 tysiącach lat (ale wcale nie największa w historii Ziemi, ani nawet nie największa erupcja Taupo).

Tak z naszego punktu widzenia Taupo to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widzieliśmy w Nowej Zelandii.

Popularity: 9% [?]

1 komentarz

Tongariro

Pożar wciąż się pali, ale ja wracam (myślami) do Nowej Zelandii, zanim zapomnę co tam się działo…

Droga wyjazdowa na północ z Wellington to chyba była najnudniejsza część podróży. Dobrze, że w miasteczku Levin trafił się odlotowy plac zabaw, gdzie dzieci mogły na chwilę zapomnieć o nudnym siedzeniu z tyłu samochodu. Ciekawie zaczęło się robić dopiero za Wanganui, gdzie droga nr 4 wjechała w malowniczą dolinę rzeki Wanganui, pnąc się serpentynami wśród zielonych wzgórz. Najgorzej miał oczywiście kierowca (czyli zgadnijcie kto?), który musiał non-stop wpatrywać się w drogę, żeby nie skończyć na dnie wąwozu.

Mieliśmy do przebycia tylko 330km z Wellington do Whakapapa, ale droga zajęła nam w sumie cały dzień, wliczając przerwy na 2 place zabaw (drugi w Wanganui – też godny polecenia) i kilka punktów widokowych.

Za to widok jaki zobaczyliśmy dojeżdżając do Whakapapa wynagrodził wszelkie trudy:

widok na Mount Ruapehu z Bruce Road

widok na Mount Ruapehu z Bruce Road

Widoczne w oddali góry to szeroki szczyt wulkanu Mount Ruapehu, najwyższa góra Wyspy Północnej (2797m mpn). Zimą Mekka dla narciarzy, latem cel wędrówek miłośników gór, a od czasu do czasu miejsce, z którego wylewa się lawa i bucha gęsty dym. Mój kolega z pracy, który w 1995 r. mieszkał w Rotorua (odległym o ponad 150km) mówi, że miasto zostało wtedy przykryte grubą wartstwą popiołu z erupcji Ruapehu.

Do Whakapapa Holiday Park dojechaliśmy już po godz. 18:00. Biuro było zamknięte, ale kluczyk do naszego domku, wraz z mapką orientacyjną czekał na nas w kopercie wrzuconej do skrzynki dla “late arrivals“.

Kolejny dzień upłynął nam pod znakiem krajobrazu wulkanicznego Parku Narodowego Tongariro (czwarty najstarszy park narodowy na świecie). Podjechaliśmy samochodem do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego, który zabrał nas na wysokość ok. 2000m n.p.m. Szczytu wulkanu nie zdobyliśmy (to nie jest jeszcze wyprawa dla 4-latka), ale i tak to co widzieliśmy z góry dostarczyło masy wrażeń. Czytaj dalej »

Popularity: 11% [?]

Komentarze (8)

Blisko linii ognia

Od razu uspokajam: w tej chwili Melbourne (i w tym my sami) nie jest w żaden sposób zagrożone. Życie toczy się normalnie: jeździmy do pracy w korkach, dzieci chodzą do szkoły, podchmielona młodzież bawi się na St Kilda Festival, a ciężki sprzęt wyjechał właśnie na Albert Park i zaczyna szykować tor dla Roberta Kubicy. Nawet dymu nie widać.

Jednak pożar jest. Pali się wciąż w odległości ok. 70km od centrum Melbourne, w tej chwili zagrożone jest Healesville. Zdjęć żadnych nie zamieszczę, bo przecież sam ich nie robiłem. Kto chce niech kliknie na link tutaj.

Do miejsc pożarów nie da się teraz dojechać, policja poblokowała drogi. Dzisiaj rano w radio słyszałem dramatyczny apel jednej z mieszkanek spalonych miejscowości o dostawy towarów potrzebnych do życia. Brak jest wody (wszystko wylano w ogień), prądu, wszystkiego. Jakimś cudem przywrócono telefon naziemny. Kierowcy ciężarówek chcą podobno dojechać do potrzebujących, ale policja blokuje wszelki ruch ze względów bezpieczeństwa.

W ogóle w radio trwa non-stop koordynacja informacji o losie bliskich i zaginionych. Australijski Czerwony Krzyż otworzył specjalne konto, na które można składać datki. Większość dużych firm złożyła spore składki na pomoc, np. w supermarketach Coles cały zysk z piątku ma być na ten cel przeznaczony.

Ja mam przyjemność pracować w dużej firmie transportowej. Dzisiaj firma zadeklarowała chęć przewiezienia wszelkich potrzebnych dóbr w zagrożone miejsca, jak tylko dostaną takie pozwolenie od służb koordynujących akcję. Jest też otworzone konto, na które można przelać datki (przed opodatkowaniem). Firma ma pierwsza dać przykład.

Wezwanie do wojska (które włączyło się do akcji) otrzymali żołnierze rezerwy, m.in. jeden z analityków z mojego biura.

Przy tym wszystkim akurat w parlamencie w Canberze trwa debata nt. tzw. pakietu stymulującego gospodarkę. W dużym skrócie: premier K.Rudd postanowił rozdać na prawo i lewo całą nadwyżkę wypracowaną latami przez rząd Howarda i nawet się troszkę zadłużyć. Wyborcy niemal zawyli z zachwytu, że dostaną po $950, nie pamiętając iż tę kwotę najpierw musi ktoś zabrać, żeby potem komuś dać. Ale w gruszki na wierzbie wierzy się widać na całym świecie.
Dzisiaj pojawiły się wreszcie pierwsze głosy, że może zamiast na hazard i nowe telewizory plazmowe wydać te pieniądze na odbudowę infrastruktury w spalonych miastach, gdzie straty są kolosalne. Z ciekawością będę śledził los tego projektu.

Na koniec mała refleksja. Dzisiaj Wiki napisała, że ma mniejsze poczucie przynależności do lokalnej społeczności i przeżywa tę tragedię mniej niż gdyby się to działo w Polsce.
Przyznam, że skłoniło mnie to do chwili zastanowienia nad tym jak ja to odbieram. I muszę tutaj napisać coś, co mnie samego podnosi troszkę na duchu: “I AM MELBOURNIAN”.

Reportaż z Nowej Zelandii musi poczekać.

Gdyby ktoś chciał wesprzeć finansowo ofiary pożarów w Wiktorii
to proszę zajrzeć na stronę
Czerwonego Krzyża 

Popularity: 3% [?]

Komentarze (7)

Siła ognia

Jacy my jesteśmy bezradni. Od paru dni zapowiadano koszmarną pogodę na sobotę, wiadomo było, że będzie ogromne zagrożenie pożarowe. Nic nie było zaskoczeniem, wszystkie służby przygotowane, całkowity zakaz używania otwartego ognia (nawet gazowe BBQ są zabronione). A jednak…

Wczoraj w Melbourne zanotowano najwyższą temperaturę w historii: +46,4 st. C (poprzedni rekord +45,6 padł w roku 1939). Przy tym wiał silny wiatr, takim żarem jaki bije czasami z otwartego piekarnika. Wilgotność powietrza ok. 5%.

I wybuchły pożary: cudowne miasteczko Marysville w Yarra Ranges praktycznie przestało istnieć, zdjęcia pogorzelisk są przerażające (gdy byliśmy w tym mieście ostatnio to leżało tam kilka cm śniegu).
Prawdopodobnie niewiele lepiej wygląda miasteczko Kinglake (z tych okolic całkiem niedawno pisałem bloga).

W chwili gdy to piszę doliczono się co najmniej 36 śmiertelnych ofiar pożarów. Aktualna mapa pożarów w Wiktorii dostępna jest dla ciekawskich tutaj.

Dzisiaj w Melbourne jest +21 st. C (ochłodzenie przyszło wczoraj ok. 17:00 i temperatura spadła w ciągu godziny o 20 st.) i trochę kropi deszczyk.

Miałem napisać kolejny odcinek relacji z NZ, ale chyba poczekam z tym do jutra…

Popularity: 4% [?]

Komentarze (3)

« Wcześniejsze wpisy